środa, 14 maja 2014

Czy Polacy to złodzieje?

Nie od dziś wiadomo, że stereotypowy Polak w Niemczech to złodziej. O ile kobiety są jeszcze w miarę dobrze postrzegane, tak co do mężczyzn niestety nie ma wątpliwości - Polak = złodziej.

Dzieje się tak dlatego, że przeciętny (a zwłaszcza słabo wykształcony) Niemiec często nie ma okazji poznać przeciętnego Polaka. To, co widzi na ulicy, to ludzie z maginesu, pijący tanie piwo na dworcu i żebrzący o pieniądze lub papierosa. Nie żeby Niemcy nie żebrali - takich też jest mnóstwo, ale przeciętny Niemiec zna też takich samych ludzi jak on, a Polaków nie za bardzo.

Ci Niemcy, którzy jednak mieli okazję poznać normalnych, wykształconych Polaków, mają o nich najczęściej bardzo dobre zdanie. Dlatego warto tutaj przyjeżdżać, rozmawiać z ludźmi - niech wiedzą, że Polacy to fajni i porządni ludzie :)

A teraz wyciąg z internetu, żeby nie było, że jestem gołosłowna. Na stronie Faktastisch zamieszczono obrazek o treści: "Pewien Polak żył 5 lat z kulą z tyłu głowy. Zapomniał, że ktoś do niego strzelał, bo był pijany". Tutaj pojawia się już nam stereotyp Polaka-Pijaka. A teraz kolej na Polaka-Złodzieja.



Co ciekawe w tej dyskusji pod zdjęciem, że wielu Niemców nie podzielało humoru żartownisia. Przeciwnie, zaczęli mu wypominać jego niskie wykształcenie - chłopak uczęszcza do Hauptschule, co znaczy, że nie został dopuszczony do szkoły z maturą, więc o studiach może sobie tylko pomarzyć. Zwraca uwagę szczególnie komentarz Melih: "Jak uczeń Hauptschule może żartować sobie z Polaków, w szczególności z kradzieży?". 

Takie wpisy - chociaż też dziecinne - dają jednak promyczek nadziei, że wyśmiewanie Polaków jako złodziei odchodzi do lamusa i staje się charakterystycznie tylko dla słabo wyskształconych lub po prostu głupich ludzi.

środa, 24 kwietnia 2013

Niemieckie przysłowia na Facebooku

Dawno nie pisałam, ale postanowiłam, że zreaktywuję bloga. Już niedługo konkretne wpisy dotyczące Berlina, a tymczasem chciałabym Was zaprosić na moją nową facebookową stronę o niemieckich przysłowiach. Dzięki odpowiednim (często zabawnym) obrazkom, uczenie się staje się naprawdę łatwe, na zasadzie skojarzeń przysłowia zostają w głowie :)

Jeżeli uczycie się niemieckiego albo interesujecie się niemiecką kulturą, to na pewno znajdziecie tam coś dla siebie!

http://www.facebook.com/NiemieckiePrzyslowia 

A oto przykład:

Czyli dosłownie - Ubrania czynią ludzi. Po polsku powiedzielibyśmy jednak: Jak cię widzą, tak cię piszą.

wtorek, 13 grudnia 2011

Ty to z pewnością jesteś z Berlina! Opowieści wojenne.

   Moja "emigracja" powoli dobiega końca. Tymczasem do moich rodziców na święta przyjechała babcia. Dzisiaj ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę przy kawie, a jako że mój chłopak to Niemiec, więc temat niejako naturalnie zszedł na Niemcy.
   Moja babcia urodziła się w roku 1932, miała więc w czasie wybuchu wojny lat 7. Chodziła do szkoły, w której uczyła się w języku niemieckim, jako że mieszkała wówczas w Wielkopolsce - połowa wioski tak czy siak to byli Niemcy. Potem wywieźli jej rodzinę do Hesji na wieś do pracy przymusowej.
   Charakterystyczne u babci jest to, że nie wyraża się źle o Niemcach i generalnie nie pała do nich żadną nienawiścią (nie słucha też Radia Maryja, chyba że jakąś tam mszę w niedzielę). Wychowała się wśród nich, miała rówieśników tej narodowości i nie dokuczali jej oni specjalnie. Raz tam jakiś Niemiec ją w twarz uderzył za to, że się ślizgała na lodzie gdzieś tam koło studni. Jej mama poszła do owego faceta (a typ spod ciemnej gwiazdy to był) z wyrzutami, jak on mógł dziecko uderzyć, a jego prosta odpowiedź była powalająca - Przecież wszystkie dzieci uderzyłem za to, więc ją też. No, jak widać, sprawiedliwość musi być.
   Czas spędzony w Hesji (w Immichenhain) babcia wspomina raczej pozytywnie. Ludzie, u których pracowali, traktowali ich raczej jak rodzinę i nie wywyższali się, mimo że byli bogaci (mieli restaurację i sklep kolonialny, a poza tym gospodarstwo rolne). Ich syn zginął w którejś z bitew. Jak prababcia skrytykowała Hitlera, to została spokojnie uciszona, że tak nie wolno mówić, bo mogą być konsekwencje...
   Później zostały przeniesione (na życzenie) do innego gospodarstwa, w którym pracowało ("niewolniczo") ponoć 200 rosyjskich żołnierzy. Jedna z Niemek, córka szwajcara, zakochała się w jednym z nich i w efekcie tego zaszła w ciążę. Jednej nocy jednak zabrali więźniów i rozstrzelali wszystkich. Rozpacz była niezmierna, że dziecko bez ojca zostanie.
   Później wojna się skończyła, przyszli Amerykanie i babcia chodziła do amerykańskiej szkoły przez dwa lata. Codziennie dostawali tam czekoladę, że do Polski całą torbę tych czekolad przywiozła, bo nie dała rady zjeść. Po wojnie cała rodzina osiedliła się we Wrocławiu  (nie bez kozery nazywanego dziś miastem spotkań).
  Oczywiście po drodze mnóstwo jest anegdotek. Jak np. babcia pociągiem do innej miejscowości pojechała z kartkami żywnościowymi po zakupy, a pani sprzedawczyni, nie usłyszawszy heskiego akcentu, ale względnie dobry Hochdeutsch, stwierdziła, że babcia musi pochodzić z Berlina. A że jej córka właśnie w Berlinie jest, a nie ma od niej ostatnio żadnych wiadomości, więc się rodzice martwią bardzo, to się kobieta wzruszyła, dała dziecku śniadanie i wszystkie produkty, jakie potrzebowała, bez kartek.
   Inna z kolei historia o małym Niemiaszku, który za to, że jest Polką, nawrzucał jej ziemi do wiadra z mlekiem. Jak się jego matka o tym dowiedziała, do sprała go na kwaśne jabłko [od babci też coś tam po głowie dostał], bo jak on mógł w czasie wojny mleko psuć. Owo mleko z ziemią dała świniom, a mojej babci wiadro świeżego w zamian.
  Zresztą, babcia pamięta niemiecki do tej pory, chociaż płynnie już nie mówi. Jak mnie przekonuje, wystarczyłyby jej 2 miesiące w Niemczech i by sobie wszystko przypomniała. Cóż, kilkadziesiąt lat nieużywania języka robi swoje. Zaprosiłam ją do siebie "na zaś" (jak to mówią górale, a dziadek mój góralem był), ale nie przyjęła zaproszenia, bo ciężko jej się przemieszczać. Cóż, do Wrocławia przyjechała pierwszy raz od 10 lat może z wielkim trudem. A co dopiero do Niemiec po ponad 60...
  I taka jest ta nasza historia. Babcia musiała do Niemiec, ja tam chcę. Sympatię do Niemców odziedziczyłam chyba po niej. Z drugiej strony mojej rodziny sytuacja też wygląda ciekawie - w końcu brat mojego dziadka (ojca taty) był tym, według rodzinnej legendy, co flagę na Bramie Brandenburskiej polską zatykał [temat wymaga badań historycznych z mojej strony, z racji zawodu wyuczonego, zajmę się tym jednak kiedy indziej, ale miejmy nadzieję, że wkrótce. Na razie udało mi się ustalić, że wujek dostał brązowy medal "Zasłużony na Polu Chwały", był w 3. Berlińskim Pułku Piechoty].
    Kto wie, czy dziadek mój, z pradziadkiem M. do siebie nie strzelali. Jest to na swój sposób romantyczne - Romeo i Julia, Niemiec i Polka.
   Historię babci muszę w czasie jej pobytu tutaj spisać. Dla moich dzieci, których już nie pozna. A moja córka będzie miała imię po niej.

środa, 26 października 2011

B jak Berlin, B jak Biedronka... wpadki

Co prawda nie jestem w Berlinie i mam 4-miesięczną przerwę na najpiękniejsze miasto świata (tj. Wrocław), ale co szkodzi coś napisać, w końcu do niemieckiej stolicy jadę za niecałe 2 tygodnie.

Ostatnio myślałam sobie znowu o wpadkach językowych. Mój przyjaciel w Berlinie - Polak z Warszawy - szukał pracy. Jak wiadomo, trzeba napisać Lebenslauf (życiorys) ze wszystkimi potrzebnymi (i niepotrzebnymi) danymi. Kiedy wydrukował już drugą turę (pierwsza była w obiegu), a był akurat u mnie, poprosił M., żeby ten mu sprawdził, czy wszystko w porządku. Odpowiedź niestety negatywna. Spojrzałam i zauważyłam to samo - kumpel w stanie cywilnym zamiast LEDIG (wolny) napisał LEIDIG (przykry), co akurat nie odbiegało od stanu faktycznego, gdyż był w trakcie poszukiwań miłości życia. Widocznie pracodawcom to jednak nie przeszkadzało, a może i nawet się spodobało, gdyż dostał pracę i ciągle pracuje jako barman.

Nieco wcześniej, jak mój niemiecki biologiczny był na poziomie pełzającym, udałam się do lekarza w celu otrzymania antybiotyku na częstą kobiecą przypadłość. Zerknęłam do słownika, żeby zobaczyć nazwę organu, który bolał, po czym ruszyłam w stronę szpitala. Pech chciał, że w drodze coś mi się pomąciło, literka zamieniła się z inną i tak oto, zamiast HARNBLASE, rzekłam HIRNBLASE. I tak oto stałam się chyba pierwszą osobą na świecie z zapaleniem pęcherza mózgowego.

A przejęzyczenie z ostatniej chwili, czyli z dzisiaj rana - Wasche wäschen zamiast Wäsche waschen... czyli jakby to przetłumaczyć... zamiast prać pranie, to pracie prań?  pojęcia nie mam, fakt, że się trochę przegłos przemieścił ;p

A tak na koniec z innej strony, to moje kochanie, ucząc się dzięki popularnemu w Polsce sklepowi, zwykł mówić do mnie "Biedroneczko". Coś jednak zawahał się, przypomnieć sobie chwilę nie mógł, jak to się do mnie zwracał i w końcu uradowany rzekł: "Moja Biedrożko".  Brawa dla pana M. za inwencję twórczą!

środa, 10 sierpnia 2011

Najtrudniejszy język świata




 Ostatnio na Kwejku ukazał się już dosyć stary tekst o tym, jakoby polski był najtrudniejszym językiem świata. Patrząc na tabelkę obok od razu widać, ile błędów zawartych jest w podsumowaniu wymienianych języków i jak populistycznym jest uznanie polskiego za "ekstremalnie trudny". Jeśli nie uczymy się jezyków obcych, no to wtedy faktycznie nasz własny język wydaje nam się zdecydowanie najtrudniejszy do opanowania.

Jasne, język polski do łatwych z pewnością nie należy. Kilka razy w Niemczech otrzymałam pytania:
- Czy polski też jest tak trudny jak rosyjski i ma aż 6 przypadków?
- Nie, skądże. Ma 7. - Mina rozmówcy - bezcenna.

Dla użytkowników języków zachodnich trudna jest nasza fleksja (którą posiadają prawie wszystkie języki słowiańskie, nie tylko polski), natomiast nam ciężko jest ogarnąć rodzajniki. O ile w języku hiszpańskim jest to dość łatwe do opanowania - rodzajniki męske i żeńskie, nieokreślone i określone - tak już w języku niemieckim dochodzi do tego jeszcze rodzaj nijaki i odmiana przez przypadki. I co z tego, że tylko 4, kiedy rekcja czasownika jest (przynajmniej z punktu widzenia Polaka)  totalnie nielogiczna i trzeba ją wkuć na pamięć. 
Oto kilka przykładów, gdzie w języku polskim występuje proste "o".

Mówię o moim przyjacielu - Ich spreche über meinen Freund. (Akkusativ)  
Piszę o moim przyjacielu - Ich schreibe über meinen Freund (Akkusativ)
Opowiadam o moim przyjacielu - Ich erzähle von meinem Freund (Dativ)
Śnię o moim przyjacielu - Ich träume von meinem Freund (Dativ)
Myślę o moim przyjacielu - Ich denke an meinen Freund (Akkusativ)
Pamiętam o moim przyjacielu - Ich erinnere mich an meinen Freund (Akk)
Zapominam o moim przyjacielu - Ich vergesse meinen Freund. (Akk)

Pytam o długopis - Ich frage nach dem Kuli (Dat)
Kłócę się o długopis - Ich streite um den Kuli (Akk)
Dbam o długopis - Ich sorge für den Kuli (Akk)


Kolejną sprawą jest szyk w zdaniu. W języku polskim jest to dosyć elastyczne, chociaż także ma swoje granice - ciężko zrozumieć kogoś, kto mówi jak mistrz Yoda. W mowie niemieckiej nie ma już tyle swobody i każda dowolność brzmi jak wymieniony powyżej bohater "Gwiezdnych Wojen". Co gorsza szyk zmienia się w zależności od spójników w zdaniach złożonych. Próbka, aby zaobserwować, co u nas się nie zmienia, a jakich zabiegów trzeba dokonać w zdaniu niemieckim (zasady są sztywne, NIE MOŻNA inaczej).

Byłam w sklepie i kupiłam nową książkę. - Ich war im Laden und ich habe ein neues Buch gekauft. (sz. prosty)
Byłam w sklepie, ale nie kupiłam nowej książki. - Ich war im Laden, aber ich habe kein neues Buch gekauft. (sz. prosty)
Powiedziałam mamie, że kupiłam nową książkę. - Ich habe meiner Mutter gesagt, dass ich ein neues Buch gekauft habe. (sz. końcowy)
Mama zapytała, czy kupiłam nową książkę. - Die Mutter hat gefragt, ob ich ein neues Buch gekauft habe. (sz. końcowy)
Jeśli będę w sklepie, to kupię nową książkę. - Wenn ich im Laden bin, kaufe ich ein neues Buch. (sz. końcowy po "wenn", ale kolejne zdanie rozpoczyna się od przestawnego)
Zrobiłam mamie prezent w ten sposób, że kupiłam nową książkę. - Ich habe der Mutter ein Geschenk gemacht, idem ich ein neues Buch gekauft habe. (sz. końcowy)
Zrobiłam mamie prezent, bo kupiłam nową książkę. - Ich habe der Mutter ein Geschenk gemacht, *weil ich ein neues Buch gekauft habe (sz. końcowy) / * denn ich habe ein neues Buch gekauft. (sz. prosty)
Chciałam zrobić mamie prezent, więc kupiłam nową książkę - Ich wollte der Mutter ein Geschenk machen, also habe ich ein neues Buch gekauft. (sz. przestawny)
Chciałam zrobić mamie prezent, dlatego kupiłam nową książkę -  Ich wollte der Mutter ein Geschenk machen, deshalb habe ich ein neues Buch gekauft. (sz. przestawny)


Kolejne, co jest trudnością w języku niemieckim, a czego w języku polskim nie ma, to czasowniki rozdzielnie złożone, które lubią się też mylić z nierozdzielnie złożonymi. Co gorsza, oba czasowniki mogą wyglądać z pozoru identycznie, przy czym jeden z nich jest rozdzielnie, a drugi nierozdzielnie złożony, jak np. übersetzen.

Ich übersetze den Text. - Tłumaczę tekst.

Ich setze über den Fluß über. - Przeprawiam się przez rzekę.

Mówienie o tym, że to polski jest najtrudniejszym językiem świata jest sporo przesadzone. Język może mieć mniej lub więcej przypadków, ale ma tyle innych zawirowań, że na trudności nic nie traci. Do łatwiejszych języków z pewnością należą hiszpański i angielski, przynajmniej do pewnego poziomu. Natomiast co do reszty, nie jest tak łatwo orzec. Sami Niemcy w końcu też nieraz uważają, że mówią najtrudniejszym językiem świata (wystarczy przejrzeć fora).