wtorek, 13 grudnia 2011

Ty to z pewnością jesteś z Berlina! Opowieści wojenne.

   Moja "emigracja" powoli dobiega końca. Tymczasem do moich rodziców na święta przyjechała babcia. Dzisiaj ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę przy kawie, a jako że mój chłopak to Niemiec, więc temat niejako naturalnie zszedł na Niemcy.
   Moja babcia urodziła się w roku 1932, miała więc w czasie wybuchu wojny lat 7. Chodziła do szkoły, w której uczyła się w języku niemieckim, jako że mieszkała wówczas w Wielkopolsce - połowa wioski tak czy siak to byli Niemcy. Potem wywieźli jej rodzinę do Hesji na wieś do pracy przymusowej.
   Charakterystyczne u babci jest to, że nie wyraża się źle o Niemcach i generalnie nie pała do nich żadną nienawiścią (nie słucha też Radia Maryja, chyba że jakąś tam mszę w niedzielę). Wychowała się wśród nich, miała rówieśników tej narodowości i nie dokuczali jej oni specjalnie. Raz tam jakiś Niemiec ją w twarz uderzył za to, że się ślizgała na lodzie gdzieś tam koło studni. Jej mama poszła do owego faceta (a typ spod ciemnej gwiazdy to był) z wyrzutami, jak on mógł dziecko uderzyć, a jego prosta odpowiedź była powalająca - Przecież wszystkie dzieci uderzyłem za to, więc ją też. No, jak widać, sprawiedliwość musi być.
   Czas spędzony w Hesji (w Immichenhain) babcia wspomina raczej pozytywnie. Ludzie, u których pracowali, traktowali ich raczej jak rodzinę i nie wywyższali się, mimo że byli bogaci (mieli restaurację i sklep kolonialny, a poza tym gospodarstwo rolne). Ich syn zginął w którejś z bitew. Jak prababcia skrytykowała Hitlera, to została spokojnie uciszona, że tak nie wolno mówić, bo mogą być konsekwencje...
   Później zostały przeniesione (na życzenie) do innego gospodarstwa, w którym pracowało ("niewolniczo") ponoć 200 rosyjskich żołnierzy. Jedna z Niemek, córka szwajcara, zakochała się w jednym z nich i w efekcie tego zaszła w ciążę. Jednej nocy jednak zabrali więźniów i rozstrzelali wszystkich. Rozpacz była niezmierna, że dziecko bez ojca zostanie.
   Później wojna się skończyła, przyszli Amerykanie i babcia chodziła do amerykańskiej szkoły przez dwa lata. Codziennie dostawali tam czekoladę, że do Polski całą torbę tych czekolad przywiozła, bo nie dała rady zjeść. Po wojnie cała rodzina osiedliła się we Wrocławiu  (nie bez kozery nazywanego dziś miastem spotkań).
  Oczywiście po drodze mnóstwo jest anegdotek. Jak np. babcia pociągiem do innej miejscowości pojechała z kartkami żywnościowymi po zakupy, a pani sprzedawczyni, nie usłyszawszy heskiego akcentu, ale względnie dobry Hochdeutsch, stwierdziła, że babcia musi pochodzić z Berlina. A że jej córka właśnie w Berlinie jest, a nie ma od niej ostatnio żadnych wiadomości, więc się rodzice martwią bardzo, to się kobieta wzruszyła, dała dziecku śniadanie i wszystkie produkty, jakie potrzebowała, bez kartek.
   Inna z kolei historia o małym Niemiaszku, który za to, że jest Polką, nawrzucał jej ziemi do wiadra z mlekiem. Jak się jego matka o tym dowiedziała, do sprała go na kwaśne jabłko [od babci też coś tam po głowie dostał], bo jak on mógł w czasie wojny mleko psuć. Owo mleko z ziemią dała świniom, a mojej babci wiadro świeżego w zamian.
  Zresztą, babcia pamięta niemiecki do tej pory, chociaż płynnie już nie mówi. Jak mnie przekonuje, wystarczyłyby jej 2 miesiące w Niemczech i by sobie wszystko przypomniała. Cóż, kilkadziesiąt lat nieużywania języka robi swoje. Zaprosiłam ją do siebie "na zaś" (jak to mówią górale, a dziadek mój góralem był), ale nie przyjęła zaproszenia, bo ciężko jej się przemieszczać. Cóż, do Wrocławia przyjechała pierwszy raz od 10 lat może z wielkim trudem. A co dopiero do Niemiec po ponad 60...
  I taka jest ta nasza historia. Babcia musiała do Niemiec, ja tam chcę. Sympatię do Niemców odziedziczyłam chyba po niej. Z drugiej strony mojej rodziny sytuacja też wygląda ciekawie - w końcu brat mojego dziadka (ojca taty) był tym, według rodzinnej legendy, co flagę na Bramie Brandenburskiej polską zatykał [temat wymaga badań historycznych z mojej strony, z racji zawodu wyuczonego, zajmę się tym jednak kiedy indziej, ale miejmy nadzieję, że wkrótce. Na razie udało mi się ustalić, że wujek dostał brązowy medal "Zasłużony na Polu Chwały", był w 3. Berlińskim Pułku Piechoty].
    Kto wie, czy dziadek mój, z pradziadkiem M. do siebie nie strzelali. Jest to na swój sposób romantyczne - Romeo i Julia, Niemiec i Polka.
   Historię babci muszę w czasie jej pobytu tutaj spisać. Dla moich dzieci, których już nie pozna. A moja córka będzie miała imię po niej.

środa, 26 października 2011

B jak Berlin, B jak Biedronka... wpadki

Co prawda nie jestem w Berlinie i mam 4-miesięczną przerwę na najpiękniejsze miasto świata (tj. Wrocław), ale co szkodzi coś napisać, w końcu do niemieckiej stolicy jadę za niecałe 2 tygodnie.

Ostatnio myślałam sobie znowu o wpadkach językowych. Mój przyjaciel w Berlinie - Polak z Warszawy - szukał pracy. Jak wiadomo, trzeba napisać Lebenslauf (życiorys) ze wszystkimi potrzebnymi (i niepotrzebnymi) danymi. Kiedy wydrukował już drugą turę (pierwsza była w obiegu), a był akurat u mnie, poprosił M., żeby ten mu sprawdził, czy wszystko w porządku. Odpowiedź niestety negatywna. Spojrzałam i zauważyłam to samo - kumpel w stanie cywilnym zamiast LEDIG (wolny) napisał LEIDIG (przykry), co akurat nie odbiegało od stanu faktycznego, gdyż był w trakcie poszukiwań miłości życia. Widocznie pracodawcom to jednak nie przeszkadzało, a może i nawet się spodobało, gdyż dostał pracę i ciągle pracuje jako barman.

Nieco wcześniej, jak mój niemiecki biologiczny był na poziomie pełzającym, udałam się do lekarza w celu otrzymania antybiotyku na częstą kobiecą przypadłość. Zerknęłam do słownika, żeby zobaczyć nazwę organu, który bolał, po czym ruszyłam w stronę szpitala. Pech chciał, że w drodze coś mi się pomąciło, literka zamieniła się z inną i tak oto, zamiast HARNBLASE, rzekłam HIRNBLASE. I tak oto stałam się chyba pierwszą osobą na świecie z zapaleniem pęcherza mózgowego.

A przejęzyczenie z ostatniej chwili, czyli z dzisiaj rana - Wasche wäschen zamiast Wäsche waschen... czyli jakby to przetłumaczyć... zamiast prać pranie, to pracie prań?  pojęcia nie mam, fakt, że się trochę przegłos przemieścił ;p

A tak na koniec z innej strony, to moje kochanie, ucząc się dzięki popularnemu w Polsce sklepowi, zwykł mówić do mnie "Biedroneczko". Coś jednak zawahał się, przypomnieć sobie chwilę nie mógł, jak to się do mnie zwracał i w końcu uradowany rzekł: "Moja Biedrożko".  Brawa dla pana M. za inwencję twórczą!

środa, 10 sierpnia 2011

Najtrudniejszy język świata




 Ostatnio na Kwejku ukazał się już dosyć stary tekst o tym, jakoby polski był najtrudniejszym językiem świata. Patrząc na tabelkę obok od razu widać, ile błędów zawartych jest w podsumowaniu wymienianych języków i jak populistycznym jest uznanie polskiego za "ekstremalnie trudny". Jeśli nie uczymy się jezyków obcych, no to wtedy faktycznie nasz własny język wydaje nam się zdecydowanie najtrudniejszy do opanowania.

Jasne, język polski do łatwych z pewnością nie należy. Kilka razy w Niemczech otrzymałam pytania:
- Czy polski też jest tak trudny jak rosyjski i ma aż 6 przypadków?
- Nie, skądże. Ma 7. - Mina rozmówcy - bezcenna.

Dla użytkowników języków zachodnich trudna jest nasza fleksja (którą posiadają prawie wszystkie języki słowiańskie, nie tylko polski), natomiast nam ciężko jest ogarnąć rodzajniki. O ile w języku hiszpańskim jest to dość łatwe do opanowania - rodzajniki męske i żeńskie, nieokreślone i określone - tak już w języku niemieckim dochodzi do tego jeszcze rodzaj nijaki i odmiana przez przypadki. I co z tego, że tylko 4, kiedy rekcja czasownika jest (przynajmniej z punktu widzenia Polaka)  totalnie nielogiczna i trzeba ją wkuć na pamięć. 
Oto kilka przykładów, gdzie w języku polskim występuje proste "o".

Mówię o moim przyjacielu - Ich spreche über meinen Freund. (Akkusativ)  
Piszę o moim przyjacielu - Ich schreibe über meinen Freund (Akkusativ)
Opowiadam o moim przyjacielu - Ich erzähle von meinem Freund (Dativ)
Śnię o moim przyjacielu - Ich träume von meinem Freund (Dativ)
Myślę o moim przyjacielu - Ich denke an meinen Freund (Akkusativ)
Pamiętam o moim przyjacielu - Ich erinnere mich an meinen Freund (Akk)
Zapominam o moim przyjacielu - Ich vergesse meinen Freund. (Akk)

Pytam o długopis - Ich frage nach dem Kuli (Dat)
Kłócę się o długopis - Ich streite um den Kuli (Akk)
Dbam o długopis - Ich sorge für den Kuli (Akk)


Kolejną sprawą jest szyk w zdaniu. W języku polskim jest to dosyć elastyczne, chociaż także ma swoje granice - ciężko zrozumieć kogoś, kto mówi jak mistrz Yoda. W mowie niemieckiej nie ma już tyle swobody i każda dowolność brzmi jak wymieniony powyżej bohater "Gwiezdnych Wojen". Co gorsza szyk zmienia się w zależności od spójników w zdaniach złożonych. Próbka, aby zaobserwować, co u nas się nie zmienia, a jakich zabiegów trzeba dokonać w zdaniu niemieckim (zasady są sztywne, NIE MOŻNA inaczej).

Byłam w sklepie i kupiłam nową książkę. - Ich war im Laden und ich habe ein neues Buch gekauft. (sz. prosty)
Byłam w sklepie, ale nie kupiłam nowej książki. - Ich war im Laden, aber ich habe kein neues Buch gekauft. (sz. prosty)
Powiedziałam mamie, że kupiłam nową książkę. - Ich habe meiner Mutter gesagt, dass ich ein neues Buch gekauft habe. (sz. końcowy)
Mama zapytała, czy kupiłam nową książkę. - Die Mutter hat gefragt, ob ich ein neues Buch gekauft habe. (sz. końcowy)
Jeśli będę w sklepie, to kupię nową książkę. - Wenn ich im Laden bin, kaufe ich ein neues Buch. (sz. końcowy po "wenn", ale kolejne zdanie rozpoczyna się od przestawnego)
Zrobiłam mamie prezent w ten sposób, że kupiłam nową książkę. - Ich habe der Mutter ein Geschenk gemacht, idem ich ein neues Buch gekauft habe. (sz. końcowy)
Zrobiłam mamie prezent, bo kupiłam nową książkę. - Ich habe der Mutter ein Geschenk gemacht, *weil ich ein neues Buch gekauft habe (sz. końcowy) / * denn ich habe ein neues Buch gekauft. (sz. prosty)
Chciałam zrobić mamie prezent, więc kupiłam nową książkę - Ich wollte der Mutter ein Geschenk machen, also habe ich ein neues Buch gekauft. (sz. przestawny)
Chciałam zrobić mamie prezent, dlatego kupiłam nową książkę -  Ich wollte der Mutter ein Geschenk machen, deshalb habe ich ein neues Buch gekauft. (sz. przestawny)


Kolejne, co jest trudnością w języku niemieckim, a czego w języku polskim nie ma, to czasowniki rozdzielnie złożone, które lubią się też mylić z nierozdzielnie złożonymi. Co gorsza, oba czasowniki mogą wyglądać z pozoru identycznie, przy czym jeden z nich jest rozdzielnie, a drugi nierozdzielnie złożony, jak np. übersetzen.

Ich übersetze den Text. - Tłumaczę tekst.

Ich setze über den Fluß über. - Przeprawiam się przez rzekę.

Mówienie o tym, że to polski jest najtrudniejszym językiem świata jest sporo przesadzone. Język może mieć mniej lub więcej przypadków, ale ma tyle innych zawirowań, że na trudności nic nie traci. Do łatwiejszych języków z pewnością należą hiszpański i angielski, przynajmniej do pewnego poziomu. Natomiast co do reszty, nie jest tak łatwo orzec. Sami Niemcy w końcu też nieraz uważają, że mówią najtrudniejszym językiem świata (wystarczy przejrzeć fora).

piątek, 27 maja 2011

Rache ist süüüüüüüß ^^

Uczymy się polskiego. Odmiana słowa "pracować".
[M.] Ja bracuje, ty bracujesz, on, ona, ono bracuje…
[ja] Pracuje. P.
[M.]  Bracuje…
[ja] Pracuje. Przez P. No powiedz P. PPPPPPPPP…
[M.]  PPPPPPPPPPPP…. Pracuje. Ty pracujesz. On, ona, ono bracuje…
[ja] Pracuje – ja w śmiech.
[M.]  No co chcesz, jestem z Saksonii, wiesz, że nie umiem mówić P. Nawet nie słyszę różnicy.
[ja] – nadal się śmiejąc – Przepraszam, to nie złośliwie, po prostu to takie słooooodkie… Nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. A może ty masz coś z uszami?
Popatrzył się na mnie spod byka i podniósł w żartach rękę, jakby mi chciał dać klapsa.
[ja] Grozisz mi?
[M.] Opiekować, to można się starszą osobą czy dzieckiem, ty tego nie wymagasz.
[ja] Hehehe… Co, zemsta jest słooooodka? :P

Wyjaśnienie: grozić – bedrohen. H się nie wymawia, a ja zrobiłam z niego J (jak w przypadku sehen - widzieć), dlatego wyszło mi z tego betreuen – opiekować się (zwłaszcza, że przynajmniej dla Sasów T i D to żadna różnica, jak wszystkie dźwięczne-bezdźwięczne). 

czwartek, 7 kwietnia 2011

Reise, Reise

Jako że jednak odczuwa się coś takiego jak Heimsucht i jak przyciśnie, to do kraju (konkretnie to do Wrocławia) przyjechać trzeba. Opcje właściwie są dwie.

Pierwszą jest jazda pociągiem, relacja bezpośrednia Berlin - Wrocław (dalej jedzie do Krakowa). Żeby się opłacało, to bilet trzeba kupić jakiś tydzień czy dwa wcześniej. Wtedy się można załapać na taryfę Europa Specjal i zapłacić 19,90 euro za przejazd, zamiast 2 lub 3 razy więcej (sprawdzić można na stronie www.bahn.de . Na PKP bilety chyba są tańsze, ale nie da się tego sprawdzić w necie). Ale uwaga, jaka niespodzianka może nas spotkać, a jaka już nas spotkała w marcu.

Jechaliśmy w środę o 9:35, pociąg właściwie się nie spóźnił, a miejsc w wagonie było naprawdę sporo. I mimo że podróż miała trwać ponad 5 i pół godziny, to zapowiadało się całkiem nieźle. Żadnych wyjących dzieci czy rozgadanych znajomych, spokój, cisza, którą prakycznie tylko my mogliśmy zakłócać. Jakoś chyba w Chocieburzu przyszedł niemiecki konduktor, uśmiechnął się, sprawdził bilety, jedziemy dalej. Po przekroczeniu granicy pociąg zatrzymał się na pół godziny w Węglińcu, bo doczepiają tam warsa. Trochę denerwująca sprawa, czas ucieka przez stanie w miejscu. Koło Legnicy chyba jakoś przyszedł polski konduktor i już jak się zbliżał, miał odmalowane na twarzy kłopoty. Coś kątem ucha usłyszałam, że z kimś miał nieprzyjemność.
- A czy mają państwo miejscówkę?
- Nie, nie mamy. Jest środa, mało ludzi jeździ, po co nam?
- A bo w Niemczech można kupić bilet bez miejscówki, ale w Polsce nie. Przepisy od stycznia.
- A to znaczy, że my mamy teraz stać do Wrocławia, czy jak?
- Nie, jeśli państwo nie zapłacą miejscówki, wyproszę państwa z pociągu.
Powtórzyłam wszystko M, ten się zdenerwował i zaczął po niemiecku dość dosadnie komentować sytuację. Śmiać mi się chciało, bo byłam pewna, że konduktor rozumie. Nie chciałam się jednak kłócić, powiedziałam, że dziwne, że na ten sam pociąg nie obowiązuje jeden bilet i w takim razie w Berlinie powinniśmy mieć możliwość zakupu tylko z miejscówką, skoro wykupiliśmy podróż aż do Wrocławia. Konduktor skomentował, że to, co sobie Niemcy robią, to go nie obchodzi, a tutaj obowiązują przepisy polskie [i pełne nienawiści spojrzenie w stronę M]. 
- Ile mam dopłacić?
- 29 złotych (ileś tam) groszy. 
Zaczęłam szperać w rzeczach. Udało się znaleźć 30 zł.
- A jakieś drobne?
- Nie, zupełnie przypadkiem mam przy sobie te 30 zł.
- Przypadkiem to człowiek na człowieka wpada...
- ?!

Także dla podróżujących pociągami - radzę kupować miejscówki. W Polsce to zapewne obowiązek od razu przy kasie, no ale w Niemczech nie i potem takie rewelacje.

Ale jest jeszcze jeden, bardzo popularny w Niemczech sposób podróżowania - Mitfahrgelegenheit, czyli coś jak autostop, tylko że się kierowcy płaci. Cena z Berlina do Wrocławia to zazwyczaj 15-25 euro. Szybciej, wygodniej i często taniej niż pociągiem.

Strony:

Przeze mnie kilka razy już sprawdzone, naprawdę się opłaca :) 

A tak na koniec, w temacie mniej lub bardziej:

Świetna wersja koncertowa... kiedyś zobaczę ich na żywo... ech, marzenie...

środa, 6 kwietnia 2011

Jak to jest po polsku?

To teraz pośmiejmy się z drugiej strony. M uczy się polskiego i często mnie o różne rzeczy pyta. Sama zresztą zaczęłam go ostatnio lekko profesjonalniej uczyć, przygotowując teksty i ćwiczenia. Ale nie o tym.

Sytuacja nr 1.
M jest w pracy, stęsknił się, więc wysłał SMSa. Pięknego, romantycznego i w ogóle tylko go za to wyściskać. Na samym końcu postanowił zrobić mi większą przyjemność i napisał po polsku. Z tym że nie do końca to, co miał na myśli...
Kocham tszy!

Potem się śmialiśmy, że wysłał to trzem dziewczynom naraz.

Sytuacja nr 2. Bardziej romantyczna, tak że trudno o romantyczniejszą. M pyta, jak po polsku będzie "moja królowa". Powiedziałam mu. Minęła krótka chwila, patrzymy sobie w oczy, z pasją, z pożądaniem, z miłością... I padają słowa:
MOJA KROWA!

Nie muszę chyba mówić, że popłakałam się ze śmiechu.

wtorek, 29 marca 2011

Wpadki językowe część I

Pierwsza wizyta u rodziny mojego chłopaka. Cała byłam w nerwach, bo jednak Saksonia kojarzy się z uprzedzeniami wobec Polaków. I mimo że M. zapewniał mnie, że u niego te stereotypy żywe nie są, ciągle nie mogłam o tym zapomnieć. Zwłaszcza powiedzenia, że Polki przyjeżdżają do Niemiec po męża. A wiadomo, że najbardziej boli to, w czym jest ziarenko prawdy – Niemcy zawsze wydawali mi się sexy (słabość do języka).

Urodziny mamy, przy stole rodzina w szerszym wydaniu – wiadomo, goście. Pada pytanie, jak to się stało, że właściwie zamieszkaliśmy razem. Odpowiedzieliśmy, że tak się poznaliśmy. M. mówił, że miałam mieszkać w jego pokoju. Na to ja chciałam powiedzieć, że przeczytałam w internecie ogłoszenie, że M. chce się wyprowadzić. I teraz uwaga – popełniłam błąd częsty wśród obcokrajowców, ale w tym wypadku wyjątkowo niefortunny.

W języku niemieckim wyprowadzać się to AUSZIEHEN. Jednakże myśląc jeszcze bądź co bądź po polsku, dodałam do niego „się”, czyli SICH.

Teraz pewnie już wiecie jaki był skutek. Dodając SICH zmieniłam znaczenie zdania. Powiedziałam mamie M., że przeczytałam ogłoszenie w internecie, że M. chce się rozebrać, dlatego się wprowadziłam.

PAMIĘTAJMY!

ausziehen – wyprowadzać się

sich ausziehen – rozbierać się